tata w kuchni

Czym karmić dziecko, żeby nie zwariować?

1 lipca 2015
dzieci-odżywianie

Gdy zbliżały się narodziny naszego trzeciego dziecka przechodziłem okres wzmożonego zainteresowania wszelkimi możliwymi dietami, które mogłyby pozytywnie wpłynąć na zdrowie moje i rodziny. Mijająca zima dała mi się zdrowotnie bardzo we znaki, więc uznałem, że to po części wina złego prowadzenia się. 😉

Godzinami czytałem o oczyszczaniu organizmu, dietach warzywnych, dietach białkowych, mięsnych i bezmięsnych. Moja szczególną uwagę przykuła chińska dieta pięciu przemian, którą nadal uważam za niezwykle ciekawą i popartą mądrością tysięcy lat obserwacji. Przy okazji poznałem też liczne publikacje dotyczące żywienia niemowląt.

Gdy więc narodził się nasz syn, to ja przejąłem domową stołówkę i samodzielnie gotowałem mu tzw. słoiczki. Gar zupy z wieloma uzupełniającymi się składnikami. Porcja na talerzyk synalka, a reszta… do słoiczków. Startował proces pasteryzacji, a nieraz wręcz tyndalizacji! (Bo tak nazywa się trzykrotna pasteryzacja w odstępach 24 godzinnych, zalecana zwłaszcza w przypadku produktów mięsnych.) Wysokiej jakości warzywa, chude mięso dobrego pochodzenia, odrobina różnorakich przypraw… a dla zagęszczenia nieraz kaszki. Oczywiście w większości pełnoziarniste i bez zbędnych dodatków.

Jakże ucieszyłem się, gdy się okazało, że w pobliżu miejsca, gdzie zdarza mi się parę razy w tygodniu pracować, znajduje się punkt odbioru jednego ze sklepów internetowych sprzedających ekologiczną żywność dla dzieci. Kupowałem więc kaszki jaglane, pełnoziarniste zbożowe, ryżowe, trzy ziarna itp..

I tak żywiliśmy naszego synka przez cały ten okres, gdy nie jadł jescze tego co pozostała część rodziny. Wszyscy byli szczęśliwi. I synek – bo mu smakowało, i mama – bo tatuś się uaktywnił, i sam tata – bo to samo zdrowie, a przy okazji może nawet jakaś niewielka oszczędność…

Jakież było moje zdziwienie, gdy już po zakończeniu okresu, w którym żywiliśmy tak naszego Antosia, przeczytałem w prasie notkę Głównego Inspektoratu Sanitarnego, dotyczącą producenta tak wielbionych przeze mnie kaszek, w sprawie wykrycia obecności atropiny i skopolaminy w produktach dla niemowląt i małych dzieci:

„Stwierdzenie obecności organicznego związku chemicznego z grupy alkaloidów w żywności dla niemowląt i małych dzieci, którego obecność w produktach żywnościowych nie jest dopuszczalna. Spożycie kwestionowanych produktów może spowodować krótkoterminowe negatywne skutki zdrowotne, na przykład, rozszerzone źrenice, zmiany rytmu serca, suchość w ustach, zaparcia, zatrzymanie moczu i zaczerwienienie skóry. Substancje chemiczne obecne w produkcie zostaną wydalone z organizmu, a tym samym nie ma zagrożenia długoterminowego.” [źródło]

I bądź tu człowieku mądry! Robisz co możesz, aby twoje dziecko zdrowo się odżywiało. Nie szczędzisz przy tym czasu i pieniędzy, a tu taka niespodzianka!

Jak zawsze pozostaje więc mieć umiar w naszym poszukiwaniu idealnego stylu życia. Pewno i tak te moje posiłki były lepsze niż sklepowe gotowce, skoro nawet w przypadku takich firm jak Gerber były wcześniej zastrzeżenia co do jakości. Przypomnę fragment oświadczenia firmy Nestle, dot. użycia tzw. MOM’u (czyli najniższej jakości „mięsa” pozyskanego właściwie z odpadów) w produktach dla niemowląt:

„[…]
Składnik ten, spełniający wszelkie normy żywności dla niemowląt i małych dzieci (czyli, zgodnie z wymaganiami UE dla takiej żywności, wytwarzany tylko z korpusów drobiowych i jako surowiec spełniający wymagania obowiązujące dla mięsa świeżego), wchodził w skład – widniejący na etykiecie – dwóch z naszych monoskładnikowych produktów mięsnych, od momentu wprowadzenia ich na rynek w 2003 roku.
Mięso oddzielane mechaniczne było używane jedynie w tych 2 produktach (słoiczki z mięsem z indyka i kurczaka) w celu poprawienia ich tekstury i zawsze było przygotowywane zgodnie z polskimi i europejskimi surowymi standardami żywności dla niemowląt i małych dzieci.

Jednak, ze względu na pojawienie się pewnych kontrowersji, które wywołała obecność tego składnika w styczniu 2011 roku wśród naszych niektórych konsumentów firma postanowiła wycofać go ze składu i na początku ubiegłego roku receptury tych dwóch produktów zostały zmienione.
Produkty Gerber Delikatny Indyk i Delikatny Kurczak uzyskały pozytywną opinię Instytutu Matki i Dziecka nr 4/2011.” [źródło]

No po prostu jestem wzruszony. Składnik spełniał normy, więc go ładowali w słoiki dla niemowląt, tam samo jak inne firmy ładują go w najpodlejsze parówki.

Powinniśmy żywić nasze dzieci, świadomie dobierając odpowiednie dla nich produkty. Jednak obawiam się, że nawet najbardziej skrupulatni w tej kwestii rodzice, nie mogą mieć pewności, że nie zaliczą wpadki…

A wy? Czym karmicie swoje maleństwa?

 

You Might Also Like

  • U nas proces poprawy jakości postępował wręcz odwrotnie. Przy pierwszym dziecku, jeszcze jak żona była w ciąży, zaczęliśmy zwracać szczególną uwagę na jakość jedzenia. Skierowaliśmy swoje zainteresowania ku żywności eko, kaszy jaglanej i gryczanej, mące żytniej i orkiszowej, sezonowym warzywom i owocom – staliśmy się fanami nowo-powstałego w Warszawie Biobazaru. Czytaliśmy wnikliwie etykiety produktów i wybieraliśmy te, które miały jak najmniej sztucznych barwników czy konserwantów. Gdy syn miał około 1,5 roku, zacząłem spisywać wszystkie nasze wydatki i rozpocząłem przygodę z prowadzeniem budżetu rodzinnego. Mocno się nakręciliśmy na zdrową żywność, bo gdy tak wszystko skrupulatnie policzyłem, okazało się, że wydajemy dużo pieniędzy na jedzenie – często ponad 2 tys. zł miesięcznie. Potem przyszedł okres opamiętania i analizowania sensowności kupowania wszystkiego, co jest eko. Zdrowa żywność stała się nieco bardziej dostępna, a część produktów pojawiła się w hipermarketach windując w dół ceny ku naszej uciesze 🙂

    Drugie dziecko karmimy tym, co sami jemy stosując metodę BLW, która sprawdziła się przy naszym pierwszym dziecku. Nie mamy zbyt wiele czasu ani siły na gotowanie (podziwiam Ciebie, że ty przy trójce dzieci byłeś tak zaradny). Ku naszemu smutkowi, malec nie polubił słoiczków, więc dostaje regularnie zupkę warzywną własnego wyrobu i drugie danie (te posiłki przygotowuje mu żona). Malec je praktycznie wszystko, co
    znajdzie na naszym talerzu i oby to się nie zmieniło, chociaż z doświadczenia wiem, że z wiekiem zaczną pojawiać się określone preferencje i część produktów zniknie z jego menu.

    • Właśnie wydaje mi się, że jeżeli dzieci od początku jedzą sporo dań naszej produkcji, to o wiele chętniej jedzą później to co my.
      Być może przyzwyczajamy je w ten sposób do naszych smaków i do naszego stylu gotowania.
      Nie zapomnę nigdy malca, którego podpatrzyłem w hiszpańskiej restauracji, który zajadał się kalmarami, jakby to były żelki!!! 😉

  • Fajnie się czyta, że tata jest tak zaangażowany w życie rodziny. Za samodzielne gotowanie dla swojego dziecka posiłków ogromny plus!

    • Dziękuję. Akurat miałem to szczęście, że w tamtym okresie miałem sporo wolnego czasu więc mogłem oddawać się byciu tatusiem 😉
      Myślę, że jeżeli ktoś pracuje od 9 do 17 lub dłużej, to może być to znaczne utrudnienie…

      • Utrudnienie tak, ale wszystkiego da się dokonać przy dobrych zorganizowaniu czasu. W każdym razie, powodzenia!

  • akademiausmiechu.wroclaw.pl

    Też mnie to najbardziej irytuje, że człowiek zwraca uwagę na to co je i podaje swoim bliskim, a później okazuje się że to wcale nie było aż takie zdrowe np. ostatnio dowiedziałam się o odpowiednich proporcjach zdrowych tłuszczy, które spożywane w złym stosunku mogą mieć odwrotny efekt i jak tu być mądrym? Chyba trzeba mieć do tego wszystkiego dystans i nie dać się zwariować! Czasem jednak lepiej mniej wiedzieć 🙂